środa, 22 maja 2019

Z pamiętnika wariatki - złodziejka ciastek

20 maja
Zapamiętam ten dzień, jako dzień pogrążenia się w umysłowym piekle. Gdyby ktoś zapytał, kiedy dokładnie straciłam rozum, nie potrafiłabym wskazać konkretnej daty. To było gdzieś pomiędzy jednym egzaminem, a drugim, jednym celem, a kolejnym. Gdzieś pośrodku tego wszystkiego straciłam równowagę i przechyliłam się poza lśniącą krawędź szaleństwa. Być może spędzam zbyt wiele czasu samotnie, a może to wpływ tego cuchnącego powietrza....  w każdym razie mój zmysł równowagi przypomina zmysł pijanej małpy dyndającej na drzewie. Oto jestem i idę ulicą, staram się kroczyć w miarę prosto, ale nogi mam jakieś chwiejne. I ciągle niechcący zbaczam z kursu, który obrałam. Wybrałam się radośnie na ekg - bicie mojego serca jest spowolnione. Nie zrozumcie mnie źle....kilka kropek i chwila zastanowienia. Tego co teraz napiszę, nie sposób chyba źle zinterpretować. W moim chorym umyśle pojawiła się iskierka radości. Iskierka radości zwiastująca, że o to jest coś ze mną nie tak. Bo wiecie, w gruncie rzeczy mój chory rozum wcale się tak nie spieszy do zdrowienia. On się cholernie boi przytycia, a mało tego, on się cholernie boi, że okaże się, że wszystko ze mną w porządku. Nie wystarcza mi uczucie osłabienia czy zmęczenia, ja wręcz czekam na to, aż któregoś dnia się przewrócę w nadziei, że ktoś mnie zauważy i potraktuje poważnie. Bmi mam 11,9. Miałam, bo teraz chyba przytyłam. Jak widzicie - moja stara znajoma rozpanoszyła się na dobre. Kiedy waga u psychologa pokazała 38,9 to mój chory umysł zawył jak zbity pies i cały następny tydzień bardzo dbałam o moje "zasady" ekhem "restrykcje". Jak mi ulżyło, gdy domowa waga pokazała 37,9
- Gratulacje - jej wargi łagodnie musnęły kraniec mojego ucha
W Zakopanem ćwiczyłam pilates, poszłam do małej łąki i na długi wieczorny spacer. w Małej Łące nawet sobie potruchtałam. Folgowałam mojej chorobie, aż przyszło załamnie i uznałam, że pora podjąć walkę. Poddanie się walkowerem nie leży w moim stylu. Przyjechałam do Krakowa w poniedziałek, spacerowałam godzinkę na błoniach próbując odnaleźć wewnętrzny spokój w medytacjach. Poszło mi to tak świetnie, że przeleżałam spokojnie seans upiększający u kosmetyczki. Wieczorem chciałam bardzo iść na taniec, ale uznałam, że nie jest to dla mnie dobre. Siedziałam przed komputerem próbując zebrać myśli, ale laptop padł, a z gasnącym światełkiem zdechły też moje dobre intencje i pognałam radośnie w kierunku studia tańca.
 - Tak tak tak - śpiewała A.
- Nie martw się mamo, dbam o siebie - mówiły usta szkieletu
- OMmmmm - mamrotali tybetańscy mnisi w moich słuchawkach
Mantry odniosły jakiś sukces. Opamiętanie przyszło na przystanku końcowym. Wysiadłam z autobusu, nogi zabolały po kilku krokach.
- Nie zrobisz mi tego - wymamrotałam spoza knebli
Wyrwałam się na wolność i potruchtałam w kierunku przystanku.

Wskakuję do autobusu i jadę na Bagatelę, gdzie szlajam się bez celu prawie godzinę. Uśpiony wąż podnosi leniwie głowę. Mój mózg niespiesznie oplatają pnącza mandragory. Pada mi telefon, mantry cichną, ludzie się wydzierają. Lajkonik, mcdonald, żabka - szukam jedzenia, picia i kontaktu do podpięcia telefonu. Nigdzie nie mogę nic znaleźć. W szaleństwie szlajam się bez sensu pomiędzy mackiem, a inymi knajpami. W końcu z rozpaczy kupuję sałatkę w żabce i przypominam sobie, że w pobliżu, na biskupiej, wieczorem jest yoga astanga. W studiu tlą się kadzidła, a ludzie z przyklejonymi uśmiechami ociekają scenicznym spirytualizmem. Śmiać mi się chce i wymiotować. Nauczyciel szczerzy zęby w sposób, który przywodzi mi na myśl śliniącego się spaniela. Na jego zajęcia przychodzą same kobietki. Średnia wieku koło trzydziestki, wbite w obcisłe getry, odziane w śliskie uśmiechy i bluzeczki z dekoltem, który nie przyjąłby się w tybetańskim klasztorze.
- Czaturanga Dandassana - szepcze uwodzidzielskim tonem Mirek
Niewiasty w pocie czoła wykonują kolejne sekwencje asan, a on przechadza się pomiędzy nimi, co rusz pochylając się uważniej nad wypiętym pośladkiem której z kursantek. Jego palce wsuwają się delikatnie na drżące w uniesieniu brzuchy.
- Napnij mięśnie - upomina.
Wyczuwam ducha rywalizacji. Blondynka w leginsach a la Kardashian  taksuje mnie nienawistnym wzrokiem, gdy Mirek dociska biodrami tył moich pleców.
- Odchyl się bardziej, w porządku? - szepcze mi do ucha
Kiwam głową. Kardashianka zachłystuje się powietrzem. Dorzucam sobie dodatkowe powitania słońca i przeskoki do Czaturangi. Panuje nieznośny skwar. W końcu docieramy do końca treningu, a ja jestem bardziej zmęczona niż po niejednych zajęciach tanecznych. Zadowolenie any. Postanawiam się nie poddawać. Kradnę ciastko z czekoladą i babeczkę, które wystawiono na sprzedaż. Babeczka "wegańska" okazuje się gniotem nie do spożycia. Ciastko całkiem niezłe, pozbywam się z niego orzechów. Wracam do bursy z solidnym postanowieniem, że wygram. Ale w gruncie rzeczy umysł mam co raz mniej jasny, co raz bardziej jest zamroczony. Wracam do bursy czujac się raczej dobrze. Nie wiem jeszcze, że kolejny dzień przyniesie deszcz i kolejną katastrofę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz