środa, 22 maja 2019

Słowo wstępu

Zdecydowałam się zawrzeć moje "jakże cenne" przemyślenia na tym blogu, a nie tak jak zazwyczaj w moim starym, oprawionym w skórę notesie, ponieważ nie chcę, żeby to co bazgrolę, przepadło na wieki. Jak to mówią, to co raz trafia do Internetu, już tam pozostanie. Na to też liczę. Może te zapiski przydadzą się komuś któregoś dnia, a być może i mnie samej.

Przydałoby się tu opisać wszystko co przeżyłam i wszystko, co doprowadziło mnie do tego, gdzie jestem dzisiaj - 21 maja 2019 roku - ale wybaczcie mi, jestem zbyt niecierpliwa. Zawrę więc to ,co najistotniejsze, w tym skrócie, tak abyście zyskali choć mgliste pojęcie z kim rozmawiacie. Albo raczej czyje wynurzenia przyszło wam wysłuchiwać.
Może któregoś dnia napiszę wam więcej.

W skrócie :
Urodziłam się w 2000 roku, w niedzielę, dokładnie o godzinie 12, dzwony biły jak szalone zwiastując nieszczęście. Podobno byłam najmniejsza, najchudsza, nie płakałam w ogóle, co biorąc pod uwagę, co ze mnie wyrosło, może być uznane za paradoks.

Co ze mnie wyrosło? Mam 18 lat, ponad przeciętny wzrost, tzn. 178 cm, co jest całkiem niezłym wynikiem zważywszy, że od 2014 roku nie pijam mleka (a przecież "pij mleko, będziesz wielki"). Kiedyś powiedziałabym, że sylwetkę mam dość szczupłą, ale raczej muskularną. Dziś powiedziałabym, że wyglądam jakbym przeżyła klęskę głodową i spędziła co najmniej dwa tygodnie na pustyni o chlebie i wodzie.

Nie podoba mi się w blogach i historiach o zaburzeniach odżywiania to, że zwykle zawierają one długi wstęp opowiadający o tym jak to u delikwenta/delikwentki było z całym wpadnięciem w sidła choroby. Gdybym jednak chciała rozwodzić się nad wszystkimi czynnikami, które mnie do tego uroczego zboczenia predestynowały i doprowadziły zapewne spędziłabym tu kolejną godzinę, a przysięgłam sobie, że opanuję trudną sztukę syntezy myśli.

Powiem więc, że oprócz zapewne uwarunkowań genetycznych przekazanych zamiłowaniem matki do odchudzających naparów, napadami obżarstwa ojca, atletycznym środowiskiem sportu, w którym wyrastałam, w otoczeniu zmieniających się kanonów piękna, zmagałam się od dziecka z poczuciem niezrozumienia i izolacji. Dołóżcie do tego trądzik i barki pływaka, różne defekty charakteru i deficyty, a pojmiecie źródła pragnienia zmian, które pchnęły mnie do naprawienia samej siebie za wszelką cenę.

Głos zza ściany mojego małego piekła w mózgu: Świetnie ci poszło!

No i jeszcze chorobliwa ambicja. Przepis na sukces!
W każdym razie wpadłam jak kamfora w magię zwaną dietą 1000 kalorii, a że całe życie byłam raczej aktywnym typem z ADHD, zakochanym we wszelkich sportach ( nie próbowałam jeszcze chyba tylko wariantów bardzo ekstremalnych, bo robiłam naprawdę wszystko ), a w szczególności w wytrzymałościowych i w dziedzinach z pogranicza sztuki i sportu, głównie tańcu, nie trudno mi było uzyskać efekty. Dodatkowo jestem miłośnikiem długich, górskich wędrówek i jazdy konnej.

 I poszło. Z wyjściowych 58 kilogramów zostało dziś 37,9/38 zależy od typu wagi.
Bardzo długo, nawet na tym deficycie kalorycznym byłam w swoim mniemaniu w świetnej formie. Na uwagę zasługują następujące wyczyny:

1. Taniec po około 4h plus yoga astanga i 40 kilometrów na rowerze jednego dnia.
2. Bieg na Kasprowy Wierch
3. Wejście na ski - turach na Kasprowy po za szlakiem, w czasie oblodzeń i śnieżycy.
4. Wyprawa 40 kilometrów na rowerze
5. Nocny maraton zumby
6. Treningi biegowe 10 kilometrów plus sprinty i bieg w zawodach na 10 kilometrów, już nie wspominając o moich "treningach biegowych" w górach

I jeszcze inne. Nawet teraz, kiedy to piszę, mój chory umysł podpowiada, że powinnam puchnąć z dumy. Za każdym razem, gdy zrobię jakiś taki wyczyn, anorektyczny głos podpowiada, że przy mojej wadze, tym bardziej mam z czego być dumna. Nie ma to jak niszczyć swoje ciało i jeszcze sobie gratulować.

Sama sobie trochę wmówiłam tego typu formę choroby. Uważam, że osoby o stwierdzonej chorobie nie powinny o niej czytać. To takie odwrócone placebo, widzisz u siebie symptomy, których wcześniej nie miałeś i wmawiasz sobie chorobę, na którą nie cierpisz.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz